Archiwum Strony 2

23
lis
09

cot

siedział sobie on i zerkał na mnie gdy koło niego przechodziłem, postanowiłem wyjąć aparat co zadko ostatnio robię i pstryk ! i oto jest on KOT :]

11
lis
09

Dlaczego fotografować wojnę ?

Po obejrzeniu po raz któryś z kolei  filmu o James’ie Nachtwey’u pod tytułem fotograf wojenny postanowiłem przelać w słowa jedno z pytań które bohater dokumentu zadaje je sobie i sam na nie odpowiada. A brzmi ono…

Dlaczego fotografować wojnę ?

Czy istnieje możliwość położenia kresu tej formie ludzkiego zachowania ? które istniało od zawszę, po przez fotografię. Proporcja miedzy tymi działaniami jest absurdalnie zachwiana a mimo to ta myśl stanowiła dla mnie motywację. Siła fotografii leży w jej możliwościach przebudzenia poczucia człowieczeństwa. Jeśli wojna jest próbą zanegowania człowieczeństwa to fotografia może być postrzegana jako przeciwieństwa wojny i prawidłowo użyta może być ważnym składnikiem odtrutki na wojnę. W pewnym sensie jeśli ktoś podejmuje ryzyko wkroczenia w środek wojny po to żeby powiedzieć reszcie świata co się dzieje to próbuje negocjować on pokój. Możliwe że właśnie dla tego Ci co są zainteresowani trwaniem wojen nie lubią w Okół siebie fotografów. Zdałem sobie sprawę z tego że jeśli każdy mógł by zobaczyć na własne oczy, chociaż raz jak niewymowny ból sprawia postrzelenie jedną kulą albo jak poszarpany odłamek może oderwać komuś nogę to może wtedy by zrozumiał że nic nie jest warte tego by podobne rzeczy dotykały choć by jednej osoby, nie mówiąc już o tysiącach. Ale każdy z nas nie może tam być i właśnie dla tego jedzie tam fotograf by stworzyć zdjęcia wystarczająco wstrząsające by mogły się przebić przez zgiełk mediów i wytrącić ludzi z ich obojętności, by zaprotestować i by dzięki sile tego protestu zachęcić innych do protestowania.

Najgorszym dla mnie jako fotografa jest odczucie że czerpię korzyść z czyjegoś cierpienia, ta myśl mnie prześladuje. Jest to coś z czym muszę się zmagać każdego dnia ponieważ wiem jeśli kiedykolwiek pozwolił był bym moim ambicjom wziąć górę nad szczerym współczuciem to był bym sprzedał swą duszę. Mogę uzasadnić swoją działalność jedynie po przez szacunek dla cierpienia drugiej jednostki. Stopień w jaki go okazuję jest stopniem w jakim jestem akceptowany przez innych i jest stopniem w jakim mogę akceptować samego siebie…

04
lis
09

.

Stary, żółto-niebieski, podmiejski pociąg napinał się i wydawał przeciągłe dźwięki łodzi podwodnej zanurzonej poniżej dopuszczalnej głębokości. Szarpnięcie przerwało te bolesne jęki, wytrąciło z bezpiecznej równowagi stojących w przejściu. Dziewczyna obok niewiarygodnie szybko naciskała przyciski komórki, klepiąc do kogoś SMS-a. Paradoksalnie, potęgowało to u mnie poczucie spowolnienia czasu. Znów byłem niewyspany, zmęczony wzrok nie chciał rejestrować szczegółów otoczenia. Brak snu miał na mnie zły wpływ, ale nie potrafiłem sobie poradzić z natłokiem myśli, który co noc męczył moją głowę. Po raz kolejny wróciłem myślami do spotkania, od którego to wszystko się zaczęło…Był ostatni weekend kalendarzowego lata. Niebo było czyste, słońce było już dosyć nisko i pora na robienie zdjęć była idealna. Promienie odbijały się szeroko w Wiśle i ładnie oświetlały jej wschodni brzeg. Tej niedzieli udało mi się znaleźć czas na wycieczkę i byłem z tego powodu w dobrym nastroju. Podśpiewując sobie cicho, stałem nachylony nad statywem i bez pośpiechu poziomowałem aparat.
- Przepraszam bardzo… Mam do pana taką małą prośbę…
Spojrzałem zdziwiony, bo nie usłyszałem, by ktoś podchodził. Mężczyzna w trudnym do określenia wieku trzymał w ręku aparat.
- Tak, słucham?
- Widzę, że robi pan zdjęcia otworkiem, to teraz jest modne… Mój kolega też robi takie. W otworkach wszystko, nawet zwyczajne rzeczy stają się takie…
- Magiczne?
- Tak, właśnie, magiczne – ładnie pan to ujął. Mam taką małą prośbę, niech pan tylko nie myśli niczego zdrożnego…
- A dlaczego miałbym taki myśleć?
- Tu obok jest plaża naturystów, nie wie pan? Nie chciałbym, żeby źle mnie pan ocenił.
- To znaczy jak?
- Jeszcze pomyśli pan, że jestem pedałem i tak pana podrywam.
- Aha. Dziękuje za ostrzeżenie. Jestem pierwszy raz w tym miejscu.
- Wracając do rzeczy… Czy mógłby pan zrobić mi kilka fotek? Tak sobie pomyślałem, że wyżyje się pan fotograficznie, a i ja będę miał pamiątkę. Wszystko już ustawione, tylko pstryknąć.
Patrzyłem na wyciągniętą z aparatem rękę. Czemu nie…?
Kilka pstryków później, gdy oddawałem aparat, powiedział:
- Dziękuję bardzo. W zamian udzielę panu pewnej rady i proszę to dobrze zapamiętać… Swoje najlepsze zdjęcie zrobi pan dopiero wtedy, gdy wyskoczy pan z aparatu, rozejrzy się i zrozumie prawdę. Jeśli chciałby się pan dowiedzieć więcej, znajdzie mnie pan w Stodole. Do widzenia!
Patrzyłem zdumiony jak oddalał się pośpiesznym krokiem i znikał w zacienionej, wąskiej ścieżce.

W niedzielę do Stodoły przyszło wyjątkowo dużo ludzi. Krążyłem powoli między stołami. Uzupełniłem już swój zapas filmów i chodziłem już tylko dla czystej przyjemności oglądania aparatów, których nigdy sobie nie kupię. Z jednej strony czułem pociąg do tych czarnych i srebrnych maszynek, z drugiej wiedziałem, że nie mam tyle wolnego czasu, by móc rozmieniać go na drobne i bawić się coraz to inną zabawką. Czułem przyjemność płynącą z tych sprzętowych pokus i przyjemność z oglądania tych ludzi, którzy z takim zaangażowaniem kręcili się w oparach zamiłowania do fotografii. Od pewnego czasu miałem też dodatkowy powód, by chodzić na giełdę – poszukiwałem tajemniczego nieznajomego znad Wisły. I w końcu go znalazłem.

-Dzień dobry! Poznaje mnie pan?
Spojrzał na mnie chłodno. W ostatnim pomieszczeniu na piętrze, za małym rozkładanym stoliczkiem turystycznym siedział tylko on. Przed nim leżała tylko jedna, samotna broszurka. Rzuciłem okiem na samotny tytuł – „Anty-aparat”.
- Dzień dobry, nie.
- Robiłem panu zdjęcia nad Wisłą, nie pamięta pan?
- Nie kojarzę.
Zbił mnie z tropu. Stałem chwilę w milczeniu.
- Sprzedaje to pan? Można obejrzeć? – Schyliłem się by wziąć broszurkę ze stolika.
- Nie! – Szybko nakrył ją dłonią. Zmieszałem się jeszcze bardziej.
- A ile kosztuje?
- Nie stać pana.
Lekko skoczyło mi ciśnienie. Nie wiedząc skąd mi się to wzięło, powiedziałem:
- Ale ja chcę wyskoczyć z aparatu!
Na jego twarz powoli wpłynął tajemniczy uśmiech. Zdjął rękę z broszurki.
- Wyskoczyć? I co jeszcze?
- Wyskoczyć, rozejrzeć się i zrozumieć prawdę.
- Należy się sto złotych.

Wychodząc ze Stodoły czułem się jak ostatni głupiec. Jak frajer, którego zrobiono na szaro. Sto złotych za kilka skopiowanych stron z niewyraźnym, małym tekstem! Złapał mnie na tę tajemniczość, nie potrafiłem się mu oprzeć, cwaniak jeden!

Pociąg dojechał do peronu na Zachodniej, zatrzymał się i wypuścił tłoczących się do wyjścia ludzi. Nieśpiesznie zszedłem do podziemnego przejścia, nigdy nie śpieszę się do pracy. Zastarzały mocz i gorący kebab wymieszały swe odory w długim, obskurnym korytarzu i zaatakowały mój nos. Senność powoli odchodziła. Schody w górę, przystanek autobusowy jak zwykle zatłoczony. Zimne powietrze orzeźwiało, witałem je z ulgą. Po drugiej stronie ulicy rozciągał się duży skwer. Lubiłem go, był jeszcze zielony pomimo zaawansowanej jesieni. Mam nadzieję, że nikt z miasta go nie sprzeda pod jakieś centrum handlowe. Zadbany trawnik i nieregularnie rosnące drzewka uspokajały, pozwalały na zebranie myśli. A ostatnio większość czasu myślałem o jednym, o tym, jak wyskoczyć z aparatu.

Nie miałem absolutnie żadnych szans na ucieczkę. Po pierwsze, byłem zbyt zaskoczony. Po drugie, myślę, że brali pod uwagę tę możliwość. Po trzecie, nic by mi to nie dało, skoro nie wiedziałem, o co chodzi, kto mnie ściga i za co. Dlatego leżę teraz na tej leżance, patrzę na małe zakratowane okienko i tłamszę narastający gdzieś w żołądku węzeł strachu.

Było ich dwóch, choć rozmawiał ze mną tylko jeden, ten w cywilu. Wyciągnął odznakę i spytał o nazwisko. Gdy potwierdziłem swoją tożsamość, zgarnęli mnie do samochodu, dość delikatnie, ale na tyle stanowczo, że widziałem zaskoczenie na twarzach rozstępujących się przed nami ludzi. Nieoznakowany radiowóz stał na parkingu tuż za przystankiem.

- Przepraszam, że musiał pan czekać, miałem sprawę nie cierpiącą zwłoki.
- Kim pan jest? Dlaczego zostałem zatrzymany? O co wam chodzi? Kiedy mnie puścicie?
Sylwetka policjanta, który mnie zatrzymał, odcinała się na tle dużego i jasnego okna.
- Proszę się do mnie zwracać: komisarzu. I spokojnie, zaraz sobie wszystko wyjaśnimy. Ma pan jakieś życzenia? Kawa, herbata?
Oklapłem, jego spokój całkiem mnie zastopował. Odstąpił od okna i podniósł z blatu biurka broszurkę.
- Został pan zatrzymany… nazwijmy to, prewencyjnie. Czy poznaje pan?
Pokazał mi stronę tytułową „Anty-aparatu”. Patrzyłem zdumiony.
- To? O to chodzi?
- Tak, właśnie o to. Porozmawiamy sobie właśnie o tym.
- Ale dlaczego?
- Widzi pan… Są pewne siły, którym nie podobają się takie teksty. Siły owe starają się utrzymać naturalny bieg pewnych rzeczy. Bieg, który, proszę mi uwierzyć, nie powinien być zmieniany. Między nami mówiąc, jestem malutką częścią tych sił, tą wykonawczą. Oficjalnie jestem tylko policjantem. Nie boję się tego panu tak otwarcie mówić, gdyby chciał pan to komuś powtórzyć, nikt by nie zrozumiał, nikt by panu nie uwierzył. Poza tym, byłbym z tego powodu bardzo niezadowolony, rozumie pan?
- Tak. Rozumiem.
- Właśnie. Jest pan inteligentny. Co więcej, publikuje pan. Ma pan pewien wpływ na ludzi. Niewielki, co prawda, ale na tyle duży, by nie ujść naszej uwadze. Do rzeczy. Czy przeczytał pan to? – Stuknął palcem w broszurkę.
Myślałem intensywnie. O co mogło im chodzić? Co w tym wszystkim było takiego niebezpiecznego? Czym było owo coś, co naruszyłoby to nieokreślone status quo?
- Tak. Przeczytałem.
- Szkoda, sprawa byłaby prostsza. – Westchnął. – No to sobie podyskutujemy.

„Man feed machine, machine feed man”… – słuchałem utworu Petera Gabriela już chyba po raz setny, ale tym razem tekst piosenki wyjątkowo pasował do treści, które miałem przed oczami. Odłożyłem broszurkę i zamknąłem oczy. Słuchałem muzyki i pozwoliłem płynąć moim myślom swobodnie, by zrozumieć to wszystko lepiej. Tekst nie był łatwy.

Anty-aparat
Jeśli czytasz te słowa, jesteś poszukiwaczem prawdy. Jest to droga do wolności. Teraz jesteś jeszcze analfabetą i niewolnikiem. Analfabetą, bo nie umiesz przeczytać obrazu, nie rozumiesz obrazu, a to, co wydaje ci się, że przeczytałeś, jest fałszywe. Pozwalasz obrazom, by cię okłamywały, skręcały twoje spojrzenie na świat. Jesteś zamknięty w sztucznym świecie tej zakłamanej kultury obrazkowej. Wpływa ona na ciebie, bierzesz swój aparat i tworzysz obrazy na podobieństwo tych kłamstw, którymi jesteś omamiony. Służysz rozprzestrzenianiu kłamstwa, jesteś ich niewolnikiem. Sytuacja, w której się teraz znajdujesz, przypomina sytuację Józefa K. z „Procesu” Kafki. Jesteś teraz graczem w grze, której nie możesz wygrać. Nie rozumiesz reguł tej gry i sam nie masz szans, by je pojąć. Jesteś skazany na przegraną. Pozwól sobie pomóc, czytaj uważnie…

- Może się to wszystko wydawać panu żywcem wyjęte z Kafki. – Komisarz roześmiał się. – Ale niech pan się nie obawia, nic panu nie grozi.
- Przypomina mi się raczej„Matrix” niż „Proces”, agencie Smith. Tak czy siak, zatrzymaliście mnie. Chcecie czegoś ode mnie i zakładam, że jeśli wam tego nie dam, czeka mnie kara.
- Ależ proszę, nie mówmy o karze, nie stawiajmy tego w ten sposób. Powiedzmy, że chcemy panu pokazać pewne aspekty, chcemy pana oświecić. Liczymy na zrozumienie. A potem pójdzie sobie pan wolno i będzie robił to, co zechce. Chyba, że nie zrozumiemy się dobrze. Wtedy trzeba będzie znów zainterweniować i wyprostować sytuację.

Człowiek zaczął tworzyć obrazy po to, by odnaleźć siebie w otaczającym go świecie. Żył, doświadczał, przeżywał i malował, po ścianach jaskiń i na płótnach. W ten sposób komunikował się ze światem, dawał z siebie światu swoje duchowe wnętrze. Bardzo istotnym jest fakt, że człowiek tworzył te obrazy własnoręcznie. A tworząc, panował nad tym, co robi. Potem nastał czas Maszyny, człowiek wymyślił aparat. Włożył w to całą swą wiedzę i stworzył dzieło tak doskonałe, jak mógł. Aparat posiadł wewnętrzny program i swoje oko. Działa automatycznie i obraz tworzy się bez udziału człowieka: z jednej strony wpada światło, z drugiej strony wychodzi obrazek. Rola człowieka została zredukowana. Nie on już tworzy obrazy, on tylko wyzwala ich tworzenie. Nie on się komunikuje ze światem, tylko maszyna i robi to ona według zapisanego w środku programu. Szybko i tanio, masowo, więcej i więcej, morze, ocean obrazów, kopie i kalki czegoś, czego już nie rozumiemy. Dzisiejszy świat to kultura obrazkowa, która nie niesie komunikatu od innego człowieka. Nie wiadomo kiedy, człowiek otumaniony płytkimi obietnicami postępu zapomniał, że obraz miał porządkować miejsce ludzi w świecie na sposób ludzki, a nie programowy i sztuczny. Automatyczny proces zastąpił czynnik ludzki. Zamiast na starożytnym, mądrym micie naszych przodków opieramy się na niezrozumiałym programie nowych automatów. Chemia i fizyka w służbie doskonałej fotografii zostały uznane za medium doskonałej prawdy o świecie. Zaufaliśmy procesom, nie przetrawiamy tego, co wypluwają nam na obrazku. Doskonałość obrazu, idealna kopia tego, co widzimy, sprawia, że ufamy, bierzemy to, co widzimy, bezpośrednio do siebie. Jesteśmy w błędzie! Jesteśmy w bardzo poważnym niebezpieczeństwie! Łudzimy się, że dzięki aparatom posiedliśmy zdolność odzwierciedlania rzeczywistości taką, jaką jest naprawdę! Żyjemy podług tej „prawdziwej” rzeczywistości i zmieniliśmy się w rasę ślepych niewolników! A cały ten proces się rozpędza, sprzężenie jest dodatnie. Produkujemy nowe, wspaniałe aparaty, które nie potrzebują posiadania kompetencji. Ludzie pożądają tych maszynek, które z prędkością karabinu maszynowego wypluwają uzależniające dla oczu cukierki, zastępując prawdziwą komunikację międzyludzką. Używając zdradzieckiego programu w aparacie stajemy się mistrzami gry, w której nie mamy kompetencji. Zajmujemy się obsługą maszyn, które tylko symulują nasze myśli. Świat się homogenizuje, stare kultury umierają, a wszystko na wzór ślicznych, różowych obrazków, w pełnym uwielbieniu do zaprogramowanego aparatu! To prowadzi do złego, to sprowadza krach naszej cywilizacji.

- Ale o co wam chodzi!? Co mam zrozumieć?
- Mówi pan, że czytał tą broszurkę. Jej treść to straszliwe uproszczenie tez rodaka Kafki, niejakiego Flussera. Nawiasem mówiąc, zginął on tragicznie w wypadku samochodowym.
- Nie znam autora tej broszurki! Spotkałem go przypadkowo! Kim on w ogóle jest, ten naciągacz?
- Niech pan się nim nie przejmuje, to szaleniec. Nawet w ZPAFie go nie chcieli. Co sądzi pan o treści tej broszurki?
- Trudna. Dyskusyjna.
- Właśnie. Czy chce pan o niej dyskutować?
- Tu? Z panem? Nie.
- A gdzie indziej, z kimś innym?
- Może. Nie wiem. Rzadko mam okazję dyskutować na takie tematy.
- Wolelibyśmy, aby nie dyskutował pan na ten temat.
- Ale dlaczego? Co w tej broszurce jest tak groźnego, co wam nie pasuje?
- Jeśli nie wie pan tego, to tym lepiej. Dla wszystkich. Jednakże może pan udawać głupszego niż jest, żebym tylko pana wypuścił.
- Nie wypuści mnie pan?
- Ależ wypuszczę. Nie jestem jeszcze tylko pewien, kiedy.
- A od czego to zależy, jeśli można spytać?
- Można. Wypuszczę pana, gdy pana wysłucham.
- Wysłucham? Czy przesłucham?
- Muszę się upewnić, że nie będzie pan robił głupstw.
- Na przykład jakich?
- Nie chciałbym niczego panu zabronić, ani nakazać. Chciałbym pana po prostu przekonać.
- Do czego?
- Do tego, że ta broszurka, to szkodliwy, nie warty uwagi śmieć.
- Obawiam się, że źle się pan do tego zabrał.
- Dlaczego?
- Wzmogliście jedynie moją ciekawość. Teraz nie opanuję ciekawości. Będę dochodził kim jesteście i będę doszukiwał się tych zagrożeń, których się boicie.
- Naprawdę, szkoda pańskiego czasu. Niech pan po prostu myśli o nas jak o strażnikach naturalnego porządku rzeczy. Według nas, historia powinna toczyć się w swoim rytmie, nie potrzeba nam rewolucji.
- Rewolucji? Czy ta broszura jest aż tak wywrotowa?
- Słowa, nawet głupie, potrafią zmieniać świat. A po co to? Działamy prewencyjnie.
- A co ja mam do tego? Czego dotyczy ta „prewencja” względem mojej osoby?
- Nie chcielibyśmy, żeby zniszczył pan sobie życie. Nie jest pan pierwszy, zapewne nie ostatni. Znamy już przypadki, gdy amatorzy tacy jak pan, z tygodnia na tydzień pogrążali się w jakichś iluzjach, dziwnych teoriach, podejmowali dziwne działania, niszczyli życie sobie i swoim rodzinom. Jeśli fotografowanie uzależnia jak narkotyk, to nie-fotografowanie pod wpływem tej broszurki jest trucizną, która powoli zabija. Naprawdę, niepotrzebne to panu. Niech czuje się pan ostrzeżony. Będziemy mieć na pana oko.

I w środku tego jesteś Ty, Fotografie. Wiedz, że to Twój aparat produkuje obrazki, a większość z nich jest taka sama i nic nowego nie wnosi. Gdzieś głęboko w swojej pierwotnej podświadomości czujesz to i coś w Tobie się cicho sprzeciwia kłamliwym kalkom, coś nakłania do zmian. Zaczynasz szukać czegoś „lepszego”. Przychodzisz na giełdę fotograficzną, kupujesz nowy film, nowy aparat. Zmieniasz mały obrazek na średni, a średni na wielki format. Potem próbujesz wracać w przeszłość, myślisz o starych technikach, brudzisz palce chemią, zażywasz fotografii otworkowej. Jesteś jednak zamknięty ciągle w tym samym kręgu. Podnosząc aparat do oka szukasz kolejnych sztuczek, próbujesz opcji programu, których jeszcze nie użyłeś. Ciągle jednak jest to sztuczny, nie-ludzki program. Jest on coraz doskonalszy, coraz trudniejszy do ogarnięcia, wciąż zadziwiający swoimi możliwościami. I nawet jeśli pojedziesz do fabryki aparatów i jako fizyk, czy też programista, zaprojektujesz nowy program do nowego aparatu, nie zmieni się nic. Wejdziesz jedynie na trochę wyższe piętro tego samego budynku, piętro meta-programu.
Ale może być inaczej! Możesz się wznieść ponad, możesz wyskoczyć z aparatu. Czytając ten tekst i próbując go zrozumieć, masz szansę rozejrzeć się i zobaczyć, czym w istocie są te wszystkie obrazki wokół. Mam nadzieję, że dołączysz do tych nielicznych, których obecnym zadaniem jest podjęcie walki z aparatem, poszukiwanie nowej sytuacji, pokazanie nowego. Jest to walka o wolność, wolność od dominacji aparatu. Potrzebujemy Ciebie, byś pomógł opracować metody tej walki, więc myśl! Jeśli nie będziesz walczył, pozostaniesz jednym z tych, którzy programują społeczeństwo i świat, pozostaniesz kapo nad niewolnikami Maszyny.

Zamknąłem za sobą drzwi budynku policyjnej instytucji. Zaciągnąłem się zimnym, świeżym powietrzem, minąłem budkę strażnika przy bramie i ruszyłem w kierunku Królikarni. W kieszeni kurtki ciążył metalowy korpus aparatu. Wyjąłem go, włączyłem i przyłożyłem do oka. Powolutku, delikatnie nacisnąłem spust migawki. Aparat mrugnął złowieszczo potwierdzając złapanie ostrości.

źródło: zawsze-kwadrat.pl

01
lis
09

1 listopada

_RAF7662

_RAF7670

_RAF7685

_RAF7695

_RAF7689

_RAF7701