Po obejrzeniu po raz któryś z kolei filmu o James’ie Nachtwey’u pod tytułem fotograf wojenny postanowiłem przelać w słowa jedno z pytań które bohater dokumentu zadaje je sobie i sam na nie odpowiada. A brzmi ono…
Dlaczego fotografować wojnę ?
Czy istnieje możliwość położenia kresu tej formie ludzkiego zachowania ? które istniało od zawszę, po przez fotografię. Proporcja miedzy tymi działaniami jest absurdalnie zachwiana a mimo to ta myśl stanowiła dla mnie motywację. Siła fotografii leży w jej możliwościach przebudzenia poczucia człowieczeństwa. Jeśli wojna jest próbą zanegowania człowieczeństwa to fotografia może być postrzegana jako przeciwieństwa wojny i prawidłowo użyta może być ważnym składnikiem odtrutki na wojnę. W pewnym sensie jeśli ktoś podejmuje ryzyko wkroczenia w środek wojny po to żeby powiedzieć reszcie świata co się dzieje to próbuje negocjować on pokój. Możliwe że właśnie dla tego Ci co są zainteresowani trwaniem wojen nie lubią w Okół siebie fotografów. Zdałem sobie sprawę z tego że jeśli każdy mógł by zobaczyć na własne oczy, chociaż raz jak niewymowny ból sprawia postrzelenie jedną kulą albo jak poszarpany odłamek może oderwać komuś nogę to może wtedy by zrozumiał że nic nie jest warte tego by podobne rzeczy dotykały choć by jednej osoby, nie mówiąc już o tysiącach. Ale każdy z nas nie może tam być i właśnie dla tego jedzie tam fotograf by stworzyć zdjęcia wystarczająco wstrząsające by mogły się przebić przez zgiełk mediów i wytrącić ludzi z ich obojętności, by zaprotestować i by dzięki sile tego protestu zachęcić innych do protestowania.






Najgorszym dla mnie jako fotografa jest odczucie że czerpię korzyść z czyjegoś cierpienia, ta myśl mnie prześladuje. Jest to coś z czym muszę się zmagać każdego dnia ponieważ wiem jeśli kiedykolwiek pozwolił był bym moim ambicjom wziąć górę nad szczerym współczuciem to był bym sprzedał swą duszę. Mogę uzasadnić swoją działalność jedynie po przez szacunek dla cierpienia drugiej jednostki. Stopień w jaki go okazuję jest stopniem w jakim jestem akceptowany przez innych i jest stopniem w jakim mogę akceptować samego siebie…

dobry tekst jak na taki dzień jak dziś. ja również widziałem ten film już kilka razy, za każdym razem mam podobne przemyślenia jak Ty. Pyzatym popraw sobie literówkę w nazwisku Nachtwey. ….no i życze szybkiego odnalezienia “siebie” ;)